Mam problem z Nabokovem. Zaczęłam gdzieś w głębokim gimnazjum po bożemu - od Lolity. Nie znałam wcześniej filmów. Wiedziałam tyle, że będzie dziewczynka i będzie starszy mężczyzna. No i, też po bożemu, zachwyciłam się.
Ale potem było tylko gorzej. Coś nie pozwoliło mi przebrnąć przez styl Prawdziwego życia Sebastiana Knighta. Odrzucił mnie na tyle, że sięganie po kolejne książki odłożyłam na święte nigdy.
Ale studentka polonistyki ma to do siebie, że czyta nie tylko dla przyjemności. W toku edukacji kilkakrotnie musiałam sięgać po Wykłady o literaturze. I jakkolwiek bym ich nie ceniła, tak muszę stwierdzić - nudziły mnie.
Pamięci, przemów to kolejna książka "z obowiązku". Książka stanowi autobiografię pisarza od jego urodzenia do roku 1940, w którym Nabokov wyemigrował do Ameryki. Stanowi zebrany i poprawiony przez autora zbiór esejów, wcześniej publikowanych w czasopismach. Autor przybliża nam standardy życia rosyjskich magnatów (tak! Nabokov wywodził się z nie byle jakiego rodu), opowiada o pierwszych miłościach, debiucie literackim, po którym usłyszał "że nigdy, przenigdy nie zostanie pisarzem", o ucieczce z rewolucyjnej Rosji i emigracyjnym życiu w Berlinie czy Paryżu. Trzeba przyznać, że z biograficzno-historycznego punktu widzenia, autor nie pozostawia czytelnika nienasyconego.
No właśnie, z tym nasyceniem jest problem. Po lekturze Wykładów... wiemy, że Nabokov kocha się w szczegółach (szczerze współczuję jego studentom). I to widać też w autobiografii. Opisy są rozbudowane i dokładne. Po kilku rozdziałach miałam wrażenie, że znam posiadłość Nabokovów lepiej od własnego mieszkania.
Trudno mi powiedzieć, że nie lubię rozbudowanych opisów. Ja, fanka Pamuka, która po lekturze Nad Niemnem z zaskoczeniem uznała, że "to jest zajebiste!". A jednak opis Nabokova mi nie służy. Odzywa się we mnie pragmatyczne dziecko epoki, które pyta: po co mi to?
Zresztą to nie jedyne co mi nie odpowiada w jego stylu. Zbyt barokowy, zbyt protekcjonalny. W ogóle "zbyt" jest tu dobrym słowem. Przeglądając książkę przypominam sobie podkreślone fragmenty. Jeden z nich brzmi:
Wyznania synestety zapewne zabrzmią nużąco i pretensjonalnie dla tych, których przed takimi przeciekami i przeciągami chronią bardziej solidne mury niż moje.
Na marginesie napisałam "dokładnie!".
I właśnie ta barokowość... Próbka stylu:
Spoglądając we własne oczy, doznałem wstrząsającego poczucia, że znajduję w nich zaledwie resztki swojej dotychczasowej osobowości, strzępy uleciałej tożsamości, której ponowne pozbieranie w lustrze wymagało ode mnie nie lada wysiłku.
I tak przez trzysta stron. Jak dla mnie trochę za długo.
Co zapamiętam z tej lektury? Przede wszystkim to, że Nabokov był niesamowicie pysznym człowiekiem! Ja, na co dzień wielbicielka ludzi pewnych siebie, jednak nie umiem poradzić sobie z nimi w tekście. Nabokov opisuje swojego kuzyna zachwyconego Wojną i pokojem i zdaje się musi dodać którą ja przeczytałem po raz pierwszy w wieku jedenastu lat. Nie powinien tak pisać? Pewnie mu wolno. Pewnie to jego tekst, pewnie to on tu jest bogiem. Ale ja jako czytelniczka i amatorska recenzentka mogę stwierdzić: nie lubię głównego bohatera. Nie lubię narratora. Choć nie wiem, czy nie polubiłabym człowieka.
3/6 (jeśli chodzi o lubienie); 5/6 (jeśli o cenienie)

