17.11.11

Vladimir Nabokov - Pamięci, przemów

Mam problem z Nabokovem. Zaczęłam gdzieś w głębokim gimnazjum po bożemu - od Lolity. Nie znałam wcześniej filmów. Wiedziałam tyle, że będzie dziewczynka i będzie starszy mężczyzna. No i, też po bożemu, zachwyciłam się.
Ale potem było tylko gorzej. Coś nie pozwoliło mi przebrnąć przez styl Prawdziwego życia Sebastiana Knighta. Odrzucił mnie na tyle, że sięganie po kolejne książki odłożyłam na święte nigdy.
Ale studentka polonistyki ma to do siebie, że czyta nie tylko dla przyjemności. W toku edukacji kilkakrotnie musiałam sięgać po Wykłady o literaturze. I jakkolwiek bym ich nie ceniła, tak muszę stwierdzić - nudziły mnie.
Pamięci, przemów to kolejna książka "z obowiązku". Książka stanowi autobiografię pisarza od jego urodzenia do roku 1940, w którym Nabokov wyemigrował do Ameryki. Stanowi zebrany i poprawiony przez autora zbiór esejów, wcześniej publikowanych w czasopismach. Autor przybliża nam standardy życia rosyjskich magnatów (tak! Nabokov wywodził się z nie byle jakiego rodu), opowiada o pierwszych miłościach, debiucie literackim, po którym usłyszał "że nigdy, przenigdy nie zostanie pisarzem", o ucieczce z rewolucyjnej Rosji i emigracyjnym życiu w Berlinie czy Paryżu. Trzeba przyznać, że z biograficzno-historycznego punktu widzenia, autor nie pozostawia czytelnika nienasyconego.
No właśnie, z tym nasyceniem jest problem. Po lekturze Wykładów... wiemy, że Nabokov kocha się w szczegółach (szczerze współczuję jego studentom). I to widać też w autobiografii. Opisy są rozbudowane i dokładne. Po kilku rozdziałach miałam wrażenie, że znam posiadłość Nabokovów lepiej od własnego mieszkania.
Trudno mi powiedzieć, że nie lubię rozbudowanych opisów. Ja, fanka Pamuka, która po lekturze Nad Niemnem z zaskoczeniem uznała, że "to jest zajebiste!". A jednak opis Nabokova mi nie służy. Odzywa się we mnie pragmatyczne dziecko epoki, które pyta: po co mi to?
Zresztą to nie jedyne co mi nie odpowiada w jego stylu. Zbyt barokowy, zbyt protekcjonalny. W ogóle "zbyt" jest tu dobrym słowem. Przeglądając książkę przypominam sobie podkreślone fragmenty. Jeden z nich brzmi:

Wyznania synestety zapewne zabrzmią nużąco i pretensjonalnie dla tych, których przed takimi przeciekami i przeciągami chronią bardziej solidne mury niż moje.

Na marginesie napisałam "dokładnie!".
I właśnie ta barokowość... Próbka stylu:

Spoglądając we własne oczy, doznałem wstrząsającego poczucia, że znajduję w nich zaledwie resztki swojej dotychczasowej osobowości, strzępy uleciałej tożsamości, której ponowne pozbieranie w lustrze wymagało ode mnie nie lada wysiłku.

I tak przez trzysta stron. Jak dla mnie trochę za długo.
Co zapamiętam z tej lektury? Przede wszystkim to, że Nabokov był niesamowicie pysznym człowiekiem! Ja, na co dzień wielbicielka ludzi pewnych siebie, jednak nie umiem poradzić sobie z nimi w tekście. Nabokov opisuje swojego kuzyna zachwyconego Wojną i pokojem i zdaje się musi dodać którą ja przeczytałem po raz pierwszy w wieku jedenastu lat. Nie powinien tak pisać? Pewnie mu wolno. Pewnie to jego tekst, pewnie to on tu jest bogiem. Ale ja jako czytelniczka i amatorska recenzentka mogę stwierdzić: nie lubię głównego bohatera. Nie lubię narratora. Choć nie wiem, czy nie polubiłabym człowieka.

3/6 (jeśli chodzi o lubienie); 5/6 (jeśli o cenienie)

30.10.11

Michel Houellebecq - Możliwość wyspy


W tych dniach jeśli o Michelu Houellebecqu to powinno być o  Mapie i terytorium. I to z dwóch powodów. Po pierwsze, to właśnie ta a nie inna książka francuskiego pisarza została nagrodzona najważniejszą francuską nagrodą literacką – Nagrodą Goncourtów (wcześniej zdobytą między innymi przez Prousta za W cieniu zakwitających dziewcząt, Simone de Beauvoir za Mandarynów czy Jonathana Littella za Łaskawe). Po drugie, została przetłumaczona i udostępniona polskiemu czytelnikowi jakieś dwa tygodnie temu. Jej recenzje zaczynają się wysypywać w mediach papierowych i elektronicznych. No to ja, wbrew trendowi, choć całkiem przypadkiem, napiszę o poprzedniej książce Houllebecqa: Możliwości wyspy.

Trzy narracje. Trzech Danielów. Pierwszy jest czterdziestokilkuletnim znanym komikiem. Inteligentnym obserwatorem i sarkastycznym samotnikiem. Oczywiście erotomanem. Oczywiście niepoprawnym romantykiem, który nigdy by się do swej romantyczności nie przyznał. Sam o sobie mówi:

owa zwierzęca część mojej natury, owo oddanie się bez granic rozkoszy i ekstazie było tym, co najbardziej lubiłem w sobie, dla własnej inteligencji, bystrości i humoru żywiłem wyłącznie pogardę..

Dwóch pozostałych narratorów to... klony Daniela. Daniel 24 i Daniel 25 czytają wspomnienia swojego prototypu i dopisują własne komentarze.I powiem wam, że wychodzi to nad wyraz ciekawie. Neoludzie nie znający popędu seksualnego i miłości zmierzają się z narracją opartą w dużej mierze na tej problematyce. Perspektywa z przyszłości, oderwana od stwierdzeń, że “to zwyczajne” momentami wychodzi naprawdę błyskotliwie.
Ale jednak nie to mnie ujęło - bo jednak ujęło, choć momentami nudziło, momentami miałam dość, robiłam przerwy i mieszałam z innymi lekturami. Możliwość wyspy to moje pierwsze spotkanie z Houellebecqiem i jestem zachwycona jego brakiem pruderyjności. Opisy seksualnych potrzeb i przeżyć, świetny rozdział o orgiastycznych urodzinach kochanki Daniela, sprawiały, że autora po prostu cenię. Tego typu pisanie do mnie przemawia. Przeczy hipokryzji dnia codziennego. Sprawia, że myślę “są jeszcze normalni ludzie na tym świecie”. Zresztą nie chodzi tylko o dziedzinę seksu. Daniel jako narrator – wbrew czterem latom studiów polonistycznych nie potrafię go sobie wyobrazić inaczej niż samego Houellebecqa – w swoim cynizmie jest niezwykle logiczny. Piękne, przecież potwornie oburzające zdanie o paskudnym traktowaniu ludzi starszych we Francji:

“Sceny niegodne nowoczesnego kraju”, pisał dziennikarz, nie zdając sobie sprawy, że, wprost przeciwnie, były one dowodem na to, że Francja staje się krajem na wskroś nowoczesnym, że jedynie kraj na wskroś nowoczesny może traktować starców jak zwykłe odpady i że taka pogarda dla przodków byłaby nie do pomyślenia w Afryce czy tradycyjnym państwie azjatyckim.

Nieprawda? No przecież prawda! Błyskotliwość tej i wielu innych myśli po prostu zwala mnie z nóg (narrator przy tym nie ocenia nowoczesności. Nie chwali, ale też nie krytykuje. Przedstawia opinię, której nie przytłacza obowiązek bycia etycznym).
Szczerość. Cynizm. Sentymentalizm. Te trzy rzeczowniki zdają się być dla mnie najbardziej odpowiednie dla treści tej powieści. Lubię to. Nawet bardzo. W jakimś stopniu ja po prostu lubię ludzi podobnych do głównego bohatera. Lubię się nimi otaczać w moim własnym życiu. Sama troszkę taka też pewnie jestem.
To nie jest moja ostatnia powieść Houellebecqa. Podejrzewam nawet, że przeczytam każdą z nich. Ale nie od razu. Muszę trochę odpocząć od tej. Podobno jest to najgorsza z jego książek i to mnie cieszy (tak jak napisałam – nie była idealna). Za to obowiązkowo za kilka dni wybiorę się na spotkanie autorskie z pisarzem. W Krakowie z okazji Festiwalu Conrada. Nawet, choć kłóci mi się to z sylwetką autora, poproszę o autograf. Nawet wyrażę szacunek.

4/6

25.10.11

Mario Vargas Llosa - Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki

1. Trzy lata temu moja mama kupiła i przeczytała Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki Llosy. Niemal natychmiast się w nim zakochała. Od tej pory w mieszkaniu przybywało książek peruwiańskiego pisarza. Stwierdziłam, że muszę to przeczytać.
2. Dwa lata temu ta sama książka została pochłonięta przez moje trzy przyjaciółki. Każdej się podobała, a jednak bezkrytycznie się zachwyciła.
Stwierdziłam, że muszę to przeczytać.
3. Rok temu Llosa dostał Nagrodę Nobla. Przeczytałam dziesiątki wywiadów, artykułów i recenzji.
Stwierdziłam, że muszę to przeczytać.
4. Kilka dni temu Llosa był w Polsce. Wybrałam się na spotkanie autorskie. Przed spotkaniem
Stwierdziłam, że muszę to przeczytać.

W końcu przeczytałam.

Książka na którą długo się czeka, o której ma się pewną opinię, pomimo braku lektury, jest w pewnym stopniu książką wyjątkową. Zdążyła zająć już w moim życiu o wiele więcej miejsca, niż większość moich lektur, łącznie z tymi ulubionymi. Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki mogłam albo pokochać, dołączając tym samym do grona fanów (w którym są moi najbliżsi), albo się na niej zawieść.
Zawiodłam się.

Ale przyznaję się, że chyba na ten zawód czekałam. Spodziewałam się go. Właściwie sięgając po książkę, robiłam to trochę po to, żeby móc na nią ponarzekać. Bo czy mi się często zdarza nie podkreślić ani jednego zdania w powieści? Nie często. Prawie nigdy. No i zdarzyło się. Nie zachwycił mnie język, nie zachwyciły przemyślenia, nie zachwyciła składnia. To wszystko było przeźroczyste.

A więc zostałam zmuszona do przerzucenia się na inne myślenie o powieści. Musiałam się skupić na fabule. A nawet nie skupić. Musiałam z nią popłynąć. Bo trzeba przyznać, że Szelmostwa czyta się błyskawicznie. Strona po stronie zamieniają się w przeszłość, a ja się dziwię, że idzie to tak gładko. "Książka na jeden wieczór" zdaje się być tu pasującym określeniem.

Mamy mężczyznę całe życie zakochanego w jednej kobiecie. A kobieta ta jest tak zwanym "wolnym duchem", który dąży do swojego sukcesu. Jest przebojowa, wojownicza i ponętna. I póki akcja wyglądała w ten sposób, nie porywała mnie. Nie dziwiła. Nie bulwersowała. Przełom nastąpił dopiero w momencie, kiedy Niegrzeczna Dziewczynka "upadła". Dopiero wtedy, już za połową powieści, historia mnie pochłonęła. Wtedy stwierdziłam, że książka...

Chyba mi się podoba.

4/6

7.12.10

Imre Kertesz – Los utracony

Tak, przy najbliższej okazji, kiedy mnie znów zapytają, muszę im opowiedzieć o szczęściu obozów koncentracyjnych.
Jeśli zapytają. I jeśli sam nie zapomnę.

Ciężko mówić o nobliście. Właściwie przyjęły się dwie konwencje:
1. Nobel zasłużony – recenzent głośno krzyczy: TAK! Właśnie! Dokładnie!
2. Dobry pisarz, no ale przecież nie na Nobla.


Nobel jest do bólu polityczny I nikt już tego nie kryje. Nagradzane są tematy rewolucyjne, postkolonialne, feministyczne, czy zagładowe. Kertesz otrzymał Nobla "za powieści, które przeciwstawiają osobiste doświadczenie jednostki brutalnym zrządzeniom historii". Czego by się nie mówiło o Sztokholmie, jedno trzeba przyznać: opis doświadczenia szczęścia w Auschwitz wart jest wszelkich nagród.

Z całości zostało mi tylko tyle, że ten więzień, autor książki, lepiej pamiętał pierwsze, czyli już dalsze od niego, dni niż późniejsze, czyli bliższe czasu pisania. Wtedy wydawało mi się to nieco wątpliwe, a nawet nieprawdziwe. Ale mam wrażenie, że jednak nie kłamał: ja też najlepiej pamiętam pierwszy dzień, rzeczywiście, jak pomyślę, znacznie dokładniej niż następne.

Powieść głęboko autobiograficzna. Główny bohater (budapeski Żyd) ma czternaście lat gdy zostaje wysłany do Auschwitz. Stamtąd został wysłany do obozu pracy w Buchenwaldzie. Otrzymujemy opis życia więźnia: dzień pracy, doświadczenie głodu I choroby. Na tym poziomie możemy mówić o typowej, mimo kilkukrotnego odwiedzenia Oświęcimia wciąż wstrząsającej, literaturze łagrowej. Mimowolnie nasuwają się wspomnienia opowiadań Borowskiego (którego Kertesz ceni I się na nim wzoruje), utworów Kossak-Szczuckiej czy Inny Świat Herlinga-Grudzińskiego. Ale węgierski pisarz robi coś więcej. Łamie stereotypy.

Nuda razem z tym osobliwym wyczekiwaniem: sądzę, że to jest mniej więcej to wrażenie, tak, ono oznacza naprawdę Oświęcim – oczywiście dla mnie.

Czy pomyśleliśmy kiedyś o obozowej nudzie? O człowieku, który czekając godzinami na śmierć nie ma co ze sobą zrobić? A o tym jak bardzo zabawne jest golenie ludzkich włosów? Kolega już nie będzie miał takiego powodzenia u dziewczyn jak dotychczas. Wreszcie kwestia świadomości: rozumienie wyjazdu do obozu jako możliwości podniesienia stylu życia, radość z powodu boiska do koszykówki na terenie obozu I panorama kominów na horyzoncie, uruchamianych w wypadku zarazy. Przespanie wjazdu do małej, nicniemówiącej miejscowości Auschwitz.

Potem przez jakiś czas namiot wypełnia półmrok I szept – to czas opowiadań o przeszłości, o przyszłośći, o wolności.

Kertesz w swojej powieści pokazuje człowieka. Nie tego, który jest ograniczony do podstawowych fizjologicznych potrzeb: głodu, pragnienia, ciepła. Okazuje się, że nawet w obliczu shoah ważne jest zapełnienie wolnego czasu, towarzystwo, śmiech.

Człowiek jest w stanie przywyknąć nawet do życia w niewoli (…). Natomiast w obozie koncentracyjnym jest to, według moich doświadczeń, nie całkiem możliwe. I śmiem stwierdzić, że – przynajmniej jeśli o mnie chodzi – nigdy z braku starania, nigdy z braku dobrej woli: problem w tym, że nie dają na to dość czasu, po prostu.

Książka nie jest gruba. I bardzo dobrze. Dzięki temu nie trzeba było przerywać lektury. Przez kilka godzin byłam zamknięta w 1944 roku. I naprawdę tam byłam. Na budapeskiej ulicy I w tramwaju, w pociągu, baraku obozowym I stołówce. Jakkolwiek cynicznie by to nie brzmiało: książkę czyta się dobrze. Nie wymaga specjalnej elokwencji czytelniczej, nie jest dla wybranych. Mierząc wartość książki ilością wypisanych przeze mnie cytatów, należy jej przyznać najwyższą ocenę. Kertesz wie jak używać języka. Rzadko kiedy ocenia, stara się nie wychodzić poza świadomość siebie sprzed trzydziestu lat (książka została napisana w 1975 roku). Jest po prostu dobra.

Jeśli poruszany przez powieść temat, który znam od dzieciństwa skłania mnie do przeglądania zdjęć z Buchenwaldu, jeśli poświęcam cały wieczór na czytanie artykułów o autorze, wreszcie jeśli pomimo upływu kilku dni zachciało mi się usiąść I napisać ten tekst – to znaczy że książka poruszyła cyniczną egzystencję. 
To była świetna powieść.

5/6

11.7.10

G.Garcia Marquez : Miłość w czasach zarazy

Istnieją trzy różne przyczyny sięgnięcia przeze mnie po daną książkę. 

Pierwsza uczelniana


czyli czytam bo muszę. Obowiązek ten jak każda szanująca się studentka polonistyki traktuję przez palce, jednak muszę przyznać, że staram się. Myślę, że przez dwa lata studiów sięgnęłam po około sto pozycji z tak zwanego "kanonu lektur" z czego około czterdziestu nie żałuję. Ostatnio były to "Love medicine" Erdrich i "Things fall apart" Achebe. Obie z okazji odbytego stypendium we Francji, w ramach zajęć z literatury amerykańskiej i commonwealth'u.
Druga przyjemnościowa


czyli wszystkie te książki, których zainteresowała mnie okładka/opis/recenzja. To na co mam ochotę.  Pozycje te różnią się od siebie totalnie. Rozkoszuję się zarówno w esejach, miłych czytadłach o spokojnym życiu, drukowanych komediach romantycznych, pozycjach psychologicznych i filozoficznych, oraz to wszystko co wrzucono do wspólnego wora pod nazwą "literatura postkolonialna", a w którym to oprócz nazwy podoba mi się wszystko. Tu ostatnio sięgnęłam po fantastyczną "Czytelniczkę znakomitą" Bennett, niedokończoną "Ta książka uratuje ci życie" Homes, czy aktualnie czytaną "Dziewczynę z zapałkami" Janko. 


Trzecia obyczajowa


czyli wszystko to co znać trzeba i wypada. No bo jak tu przyznać się, że do nieznajomości Anny Kareniny? Jak wymagać, aby znajomi brali cię na poważnie, gdy powiesz, że nie masz pojęcia o Faulknerze? A nawet nie tyle chodzi o Innych co o mnie samą. Bo chore ambicje nie pozwalają mi uznać się za osobę oczytaną bez Czarodziejskiej Góry i Ulissesa na liście książek przeczytanych. Więc je czytam. Czasem posługując się przy tym własnymi rozmyśleniami na temat, czasem bo gdzieś akurat o danej książce przeczytam/usłyszę, a najczęściej używam do tego list pomieszanych z zawartością domowej biblioteczki.
Bo listy kocham miłością szczególną. Można powiedzieć, że mam na ich punkcie małego bzika. Lubię je przeglądać, kopiować do openoffice'a, a następnie przeczytane książki zakreślać innym kolorem. Moja mała intelektualna samoświadomość. 


Liderem list jest Western canon Harolda Blooma. Absolutne the best of the best. Obfity, podzielony na ery i narodowości. Spisuje się głównie jeśli chodzi o literaturę amerykańską, ale gwarantuje niezbędnego minimum jeśli chodzi praktycznie o każdy trochę bardziej liczący się kraj świata.  
Obok Western canon w internecie roi się od list top 100. Listy raz nastawione na czytelnika komercyjnego z Władcą Pierścieni na czele, innym razem przyjmują opcję "najważniejsze książki" i tu króluje Ulisses. Listy raz ograniczają się do XX wieku, a kiedy indziej posiadają takie pozycje jak Biblia czy Odyseja. W gruncie rzeczy niewiele się od siebie różnią. Przeczytaj jedną w całości, a przeczytałeś 70% pozostałych. Elita literacka tworzy wyjątkowo zamknięty krąg.


Innym typem list są nagrody literackie. Lista noblistów, lista laureatów Nike czy Bookera (moja ulubiona). Te gwarantują bycie na czasie i podadzą rękę przy przeprawie przez gąszcz nowości rynkowych. 
No i last but not least: wyzwania.
Odkryłam je nie tak dawno, bo około pół roku temu. Jako fetyszystka list przyjęłam z zachwytem. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam: ktoś z literackiej blogosfery tworzy listę książek na dany temat, a uczestnicy deklarują się przeczytać kilka z nich. W ten sposób odbyły się wyzwania: Amerykańskie południe, Literatura na peryferiach czy obecnie trwająca Kraje nordyckie



-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------




To właśnie obyczajowy powód skłonił mnie do sięgnięcia po Miłość w czasach zarazy G.G. Marqueza. Lista: nobliści, seria: Wielcy nobliści wg. Dziennika.

Czytałam długo. Błyskawicznie połknęłam pierwsze 150 stron, po to żeby kolejne 100 rozłożyć na ponad tydzień. Ostatnie 200 zniknęło w jedną noc. Pozycja z gatunku: nie chcę kończyć, ale nie chcę też odłożyć ani na minutę. Gryzłam się więc co robić, a ołówek łamał się od nadmiernego zakreślania cytatów.

Nietrudno się domyślić, że książka opowiada o miłości. Co więcej akcja się dzieje w czasach zarazy. Gdzieś na drugim końcu świata, pewnie około stu lat temu. Śmierć doktora Urbino sprawia, że Fermina Daza, około siedemdziesięcioletnia kobieta zostaje wdową, a tym samym otwiera się furtka dla zakochanego w niej od pięćdziesięciu lat Florentina Arizy. Zdecydowana większość powieści jest retrospekcją na życie dwojga bohaterów.

Powieść jest studium na temat miłości. Wielu rodzajów miłości. Nie tylko duchowej i zmysłowej. Raczej miłości pana X do pani Y, pana X do pani Z, pana X do pani O i z drugiej strony pani Y do panów A i B. A każda z tych miłości jest inna. Każda na swój sposób jedyna i wyjątkowa. Każda niepowtarzalna. 

Garcia Marquez prowadzi nas do ludzi, którzy "dorośli, wolni i nieobarczeni żadną przeszłością wybierają niepewny los zakazanej miłości, którą uważają za stan wzorcowy". Którzy "nie rodzą się raz na zawsze w dniu w którym matki wydają je na świat, ale życie zmusza ich do ponownego i wielokrotnego rodzenia samych siebie". Do ludzi, którzy robią rzeczy wiele. "Może zbyt wiele, ale tak naprawdę nikt nie wie co myślą. I może dlatego robią tyle rzeczy. Żeby nie myśleć". W tym świecie kobiety zapominają, że "ciekawość jest jedną z wielu pułapek miłości", a mężczyźni popełniają "typowo męski błąd: uznają, że kobiety zostały ostatecznie przekonane o bezcelowości swych zakusów i postanawiają o nich zapomnieć". Gdzie razem stykają się ze sobą w tramwajach i spotykają tam miłości swojego życia, "aczkolwiek ani on, ani ona nigdy się o tym nie dowiedzieli i nigdy się nie kochali". 

Kolumbijski noblista zapewnił mi wspaniałą refleksję nad pięćdziesięcioma latami życia, w którym miłość nie znika nawet na chwilę. Przeczytaną książkę postawiłam na półce z Książkami Życia, zaraz przy wezgłowiu łóżka. Jestem prawie pewna, że wrócę do niej. Za jakieś 50 lat.

6/6

3.7.10

Życiorys

Będąc studentką czwartego roku filologii polskiej w Poznaniu, M. zdarzyło się zajść w ciążę. Swemu nienarodzonemu dziecku czytała na głos "Łuk tryumfalny" Remarque'a i "Władcę pierścieni" Tolkiena. Po pewnym czasie urodziłam się ja.

Patrząc na zdjęcia w albumie rodzinnym chce się je podpisywać: "Agnieszka na nocniku z książką", "Agnieszka na łóżku z książką", "Agnieszka na podłodze z książką" czy "Agnieszka pod stosem książek". M. w tym czasie zdołała obronić magistra i rozpocząć nauczanie licealistów, co robi do dzisiaj. Córkę czytać nauczyła w wieku lat czterech. W wolnym czasie, którego w rzeczywistości nie miała, pisała dla niej bajki dekorowane rysunkami własnego autorstwa. W latach kolejnych szantażowała Agnieszkę, że nie przeczyta kolejnych dwóch stron "Awantury o Basię", jeśli ona nie przeczyta jednej strony. Ech, ile łez zostało wtedy wylanych...

Chcąc nie chcąc, naturalny pęd ku poznaniu przygód Basi Bzowskiej sprawił, że zaczęłam płynnie czytać na długo przed pójściem do szkoły. Przez lata krzyczałam głośno, że na pewno nie pójdę na polonistykę. Krzyczałam, krzyczałam i wykrzyczałam.

W międzyczasie polonista z podstawówki przekonał ją, że pisanie to to co Agnieszka lubi robić najbardziej. I co prawda dalsze życie skazuje ją na lenistwo potworne, to jednak wizja literackiej nagrody nobla tkwi głęboko w jej nieświadomości.

Mając za sobą 20 lat przemierzania dżungli literatury, dziś - w dzień urodzin F. Kafki, którego dzienniki z tej okazji leżą przede mną, postanowiłam wkroczyć w biblogosferę. Proponuję zaparzyć herbatę jaśminową, przybrać pozycję półleżącą na łóżku i się ze mną zaprzyjaźnić. Zapraszam.