11.7.10

G.Garcia Marquez : Miłość w czasach zarazy

Istnieją trzy różne przyczyny sięgnięcia przeze mnie po daną książkę. 

Pierwsza uczelniana


czyli czytam bo muszę. Obowiązek ten jak każda szanująca się studentka polonistyki traktuję przez palce, jednak muszę przyznać, że staram się. Myślę, że przez dwa lata studiów sięgnęłam po około sto pozycji z tak zwanego "kanonu lektur" z czego około czterdziestu nie żałuję. Ostatnio były to "Love medicine" Erdrich i "Things fall apart" Achebe. Obie z okazji odbytego stypendium we Francji, w ramach zajęć z literatury amerykańskiej i commonwealth'u.
Druga przyjemnościowa


czyli wszystkie te książki, których zainteresowała mnie okładka/opis/recenzja. To na co mam ochotę.  Pozycje te różnią się od siebie totalnie. Rozkoszuję się zarówno w esejach, miłych czytadłach o spokojnym życiu, drukowanych komediach romantycznych, pozycjach psychologicznych i filozoficznych, oraz to wszystko co wrzucono do wspólnego wora pod nazwą "literatura postkolonialna", a w którym to oprócz nazwy podoba mi się wszystko. Tu ostatnio sięgnęłam po fantastyczną "Czytelniczkę znakomitą" Bennett, niedokończoną "Ta książka uratuje ci życie" Homes, czy aktualnie czytaną "Dziewczynę z zapałkami" Janko. 


Trzecia obyczajowa


czyli wszystko to co znać trzeba i wypada. No bo jak tu przyznać się, że do nieznajomości Anny Kareniny? Jak wymagać, aby znajomi brali cię na poważnie, gdy powiesz, że nie masz pojęcia o Faulknerze? A nawet nie tyle chodzi o Innych co o mnie samą. Bo chore ambicje nie pozwalają mi uznać się za osobę oczytaną bez Czarodziejskiej Góry i Ulissesa na liście książek przeczytanych. Więc je czytam. Czasem posługując się przy tym własnymi rozmyśleniami na temat, czasem bo gdzieś akurat o danej książce przeczytam/usłyszę, a najczęściej używam do tego list pomieszanych z zawartością domowej biblioteczki.
Bo listy kocham miłością szczególną. Można powiedzieć, że mam na ich punkcie małego bzika. Lubię je przeglądać, kopiować do openoffice'a, a następnie przeczytane książki zakreślać innym kolorem. Moja mała intelektualna samoświadomość. 


Liderem list jest Western canon Harolda Blooma. Absolutne the best of the best. Obfity, podzielony na ery i narodowości. Spisuje się głównie jeśli chodzi o literaturę amerykańską, ale gwarantuje niezbędnego minimum jeśli chodzi praktycznie o każdy trochę bardziej liczący się kraj świata.  
Obok Western canon w internecie roi się od list top 100. Listy raz nastawione na czytelnika komercyjnego z Władcą Pierścieni na czele, innym razem przyjmują opcję "najważniejsze książki" i tu króluje Ulisses. Listy raz ograniczają się do XX wieku, a kiedy indziej posiadają takie pozycje jak Biblia czy Odyseja. W gruncie rzeczy niewiele się od siebie różnią. Przeczytaj jedną w całości, a przeczytałeś 70% pozostałych. Elita literacka tworzy wyjątkowo zamknięty krąg.


Innym typem list są nagrody literackie. Lista noblistów, lista laureatów Nike czy Bookera (moja ulubiona). Te gwarantują bycie na czasie i podadzą rękę przy przeprawie przez gąszcz nowości rynkowych. 
No i last but not least: wyzwania.
Odkryłam je nie tak dawno, bo około pół roku temu. Jako fetyszystka list przyjęłam z zachwytem. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam: ktoś z literackiej blogosfery tworzy listę książek na dany temat, a uczestnicy deklarują się przeczytać kilka z nich. W ten sposób odbyły się wyzwania: Amerykańskie południe, Literatura na peryferiach czy obecnie trwająca Kraje nordyckie



-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------




To właśnie obyczajowy powód skłonił mnie do sięgnięcia po Miłość w czasach zarazy G.G. Marqueza. Lista: nobliści, seria: Wielcy nobliści wg. Dziennika.

Czytałam długo. Błyskawicznie połknęłam pierwsze 150 stron, po to żeby kolejne 100 rozłożyć na ponad tydzień. Ostatnie 200 zniknęło w jedną noc. Pozycja z gatunku: nie chcę kończyć, ale nie chcę też odłożyć ani na minutę. Gryzłam się więc co robić, a ołówek łamał się od nadmiernego zakreślania cytatów.

Nietrudno się domyślić, że książka opowiada o miłości. Co więcej akcja się dzieje w czasach zarazy. Gdzieś na drugim końcu świata, pewnie około stu lat temu. Śmierć doktora Urbino sprawia, że Fermina Daza, około siedemdziesięcioletnia kobieta zostaje wdową, a tym samym otwiera się furtka dla zakochanego w niej od pięćdziesięciu lat Florentina Arizy. Zdecydowana większość powieści jest retrospekcją na życie dwojga bohaterów.

Powieść jest studium na temat miłości. Wielu rodzajów miłości. Nie tylko duchowej i zmysłowej. Raczej miłości pana X do pani Y, pana X do pani Z, pana X do pani O i z drugiej strony pani Y do panów A i B. A każda z tych miłości jest inna. Każda na swój sposób jedyna i wyjątkowa. Każda niepowtarzalna. 

Garcia Marquez prowadzi nas do ludzi, którzy "dorośli, wolni i nieobarczeni żadną przeszłością wybierają niepewny los zakazanej miłości, którą uważają za stan wzorcowy". Którzy "nie rodzą się raz na zawsze w dniu w którym matki wydają je na świat, ale życie zmusza ich do ponownego i wielokrotnego rodzenia samych siebie". Do ludzi, którzy robią rzeczy wiele. "Może zbyt wiele, ale tak naprawdę nikt nie wie co myślą. I może dlatego robią tyle rzeczy. Żeby nie myśleć". W tym świecie kobiety zapominają, że "ciekawość jest jedną z wielu pułapek miłości", a mężczyźni popełniają "typowo męski błąd: uznają, że kobiety zostały ostatecznie przekonane o bezcelowości swych zakusów i postanawiają o nich zapomnieć". Gdzie razem stykają się ze sobą w tramwajach i spotykają tam miłości swojego życia, "aczkolwiek ani on, ani ona nigdy się o tym nie dowiedzieli i nigdy się nie kochali". 

Kolumbijski noblista zapewnił mi wspaniałą refleksję nad pięćdziesięcioma latami życia, w którym miłość nie znika nawet na chwilę. Przeczytaną książkę postawiłam na półce z Książkami Życia, zaraz przy wezgłowiu łóżka. Jestem prawie pewna, że wrócę do niej. Za jakieś 50 lat.

6/6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz