W tych dniach jeśli o Michelu Houellebecqu to powinno być o Mapie i terytorium. I to z dwóch powodów.
Po pierwsze, to właśnie ta a nie inna książka francuskiego
pisarza została nagrodzona najważniejszą francuską nagrodą
literacką – Nagrodą Goncourtów (wcześniej zdobytą między
innymi przez Prousta za W cieniu zakwitających dziewcząt, Simone de
Beauvoir za Mandarynów czy Jonathana Littella za Łaskawe). Po
drugie, została przetłumaczona i udostępniona polskiemu
czytelnikowi jakieś dwa tygodnie temu. Jej recenzje zaczynają się
wysypywać w mediach papierowych i elektronicznych. No to ja, wbrew
trendowi, choć całkiem przypadkiem, napiszę o poprzedniej książce
Houllebecqa: Możliwości wyspy.
Trzy narracje. Trzech Danielów.
Pierwszy jest czterdziestokilkuletnim znanym komikiem. Inteligentnym
obserwatorem i sarkastycznym samotnikiem. Oczywiście erotomanem.
Oczywiście niepoprawnym romantykiem, który nigdy by się do swej
romantyczności nie przyznał. Sam o sobie mówi:
owa zwierzęca część mojej natury,
owo oddanie się bez granic rozkoszy i ekstazie było tym, co
najbardziej lubiłem w sobie, dla własnej inteligencji, bystrości i
humoru żywiłem wyłącznie pogardę..
Dwóch pozostałych narratorów to...
klony Daniela. Daniel 24 i Daniel 25 czytają wspomnienia swojego
prototypu i dopisują własne komentarze.I powiem wam, że wychodzi
to nad wyraz ciekawie. Neoludzie nie znający popędu seksualnego i
miłości zmierzają się z narracją opartą w dużej mierze na tej
problematyce. Perspektywa z przyszłości, oderwana od stwierdzeń,
że “to zwyczajne” momentami wychodzi naprawdę błyskotliwie.
Ale jednak nie to mnie ujęło - bo
jednak ujęło, choć momentami nudziło, momentami miałam dość,
robiłam przerwy i mieszałam z innymi lekturami. Możliwość wyspy
to moje pierwsze spotkanie z Houellebecqiem i jestem zachwycona jego
brakiem pruderyjności. Opisy seksualnych potrzeb i przeżyć,
świetny rozdział o orgiastycznych urodzinach kochanki Daniela,
sprawiały, że autora po prostu cenię. Tego typu pisanie do mnie
przemawia. Przeczy hipokryzji dnia codziennego. Sprawia, że myślę
“są jeszcze normalni ludzie na tym świecie”. Zresztą nie
chodzi tylko o dziedzinę seksu. Daniel jako narrator – wbrew
czterem latom studiów polonistycznych nie potrafię go sobie
wyobrazić inaczej niż samego Houellebecqa – w swoim cynizmie jest
niezwykle logiczny. Piękne, przecież potwornie oburzające zdanie o
paskudnym traktowaniu ludzi starszych we Francji:
“Sceny niegodne nowoczesnego kraju”,
pisał dziennikarz, nie zdając sobie sprawy, że, wprost przeciwnie,
były one dowodem na to, że Francja staje się krajem na wskroś
nowoczesnym, że jedynie kraj na wskroś nowoczesny może traktować
starców jak zwykłe odpady i że taka pogarda dla przodków byłaby
nie do pomyślenia w Afryce czy tradycyjnym państwie azjatyckim.
Nieprawda? No przecież prawda!
Błyskotliwość tej i wielu innych myśli po prostu zwala mnie z nóg
(narrator przy tym nie ocenia nowoczesności. Nie chwali, ale też
nie krytykuje. Przedstawia opinię, której nie przytłacza obowiązek
bycia etycznym).
Szczerość. Cynizm. Sentymentalizm. Te
trzy rzeczowniki zdają się być dla mnie najbardziej odpowiednie
dla treści tej powieści. Lubię to. Nawet bardzo. W jakimś stopniu
ja po prostu lubię ludzi podobnych do głównego bohatera. Lubię
się nimi otaczać w moim własnym życiu. Sama troszkę taka też
pewnie jestem.
To nie jest moja ostatnia powieść
Houellebecqa. Podejrzewam nawet, że przeczytam każdą z nich. Ale
nie od razu. Muszę trochę odpocząć od tej. Podobno jest to
najgorsza z jego książek i to mnie cieszy (tak jak napisałam –
nie była idealna). Za to obowiązkowo za kilka dni wybiorę się na
spotkanie autorskie z pisarzem. W Krakowie z okazji Festiwalu
Conrada. Nawet, choć kłóci mi się to z sylwetką autora, poproszę
o autograf. Nawet wyrażę szacunek.
4/6
4/6
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz