30.10.11

Michel Houellebecq - Możliwość wyspy


W tych dniach jeśli o Michelu Houellebecqu to powinno być o  Mapie i terytorium. I to z dwóch powodów. Po pierwsze, to właśnie ta a nie inna książka francuskiego pisarza została nagrodzona najważniejszą francuską nagrodą literacką – Nagrodą Goncourtów (wcześniej zdobytą między innymi przez Prousta za W cieniu zakwitających dziewcząt, Simone de Beauvoir za Mandarynów czy Jonathana Littella za Łaskawe). Po drugie, została przetłumaczona i udostępniona polskiemu czytelnikowi jakieś dwa tygodnie temu. Jej recenzje zaczynają się wysypywać w mediach papierowych i elektronicznych. No to ja, wbrew trendowi, choć całkiem przypadkiem, napiszę o poprzedniej książce Houllebecqa: Możliwości wyspy.

Trzy narracje. Trzech Danielów. Pierwszy jest czterdziestokilkuletnim znanym komikiem. Inteligentnym obserwatorem i sarkastycznym samotnikiem. Oczywiście erotomanem. Oczywiście niepoprawnym romantykiem, który nigdy by się do swej romantyczności nie przyznał. Sam o sobie mówi:

owa zwierzęca część mojej natury, owo oddanie się bez granic rozkoszy i ekstazie było tym, co najbardziej lubiłem w sobie, dla własnej inteligencji, bystrości i humoru żywiłem wyłącznie pogardę..

Dwóch pozostałych narratorów to... klony Daniela. Daniel 24 i Daniel 25 czytają wspomnienia swojego prototypu i dopisują własne komentarze.I powiem wam, że wychodzi to nad wyraz ciekawie. Neoludzie nie znający popędu seksualnego i miłości zmierzają się z narracją opartą w dużej mierze na tej problematyce. Perspektywa z przyszłości, oderwana od stwierdzeń, że “to zwyczajne” momentami wychodzi naprawdę błyskotliwie.
Ale jednak nie to mnie ujęło - bo jednak ujęło, choć momentami nudziło, momentami miałam dość, robiłam przerwy i mieszałam z innymi lekturami. Możliwość wyspy to moje pierwsze spotkanie z Houellebecqiem i jestem zachwycona jego brakiem pruderyjności. Opisy seksualnych potrzeb i przeżyć, świetny rozdział o orgiastycznych urodzinach kochanki Daniela, sprawiały, że autora po prostu cenię. Tego typu pisanie do mnie przemawia. Przeczy hipokryzji dnia codziennego. Sprawia, że myślę “są jeszcze normalni ludzie na tym świecie”. Zresztą nie chodzi tylko o dziedzinę seksu. Daniel jako narrator – wbrew czterem latom studiów polonistycznych nie potrafię go sobie wyobrazić inaczej niż samego Houellebecqa – w swoim cynizmie jest niezwykle logiczny. Piękne, przecież potwornie oburzające zdanie o paskudnym traktowaniu ludzi starszych we Francji:

“Sceny niegodne nowoczesnego kraju”, pisał dziennikarz, nie zdając sobie sprawy, że, wprost przeciwnie, były one dowodem na to, że Francja staje się krajem na wskroś nowoczesnym, że jedynie kraj na wskroś nowoczesny może traktować starców jak zwykłe odpady i że taka pogarda dla przodków byłaby nie do pomyślenia w Afryce czy tradycyjnym państwie azjatyckim.

Nieprawda? No przecież prawda! Błyskotliwość tej i wielu innych myśli po prostu zwala mnie z nóg (narrator przy tym nie ocenia nowoczesności. Nie chwali, ale też nie krytykuje. Przedstawia opinię, której nie przytłacza obowiązek bycia etycznym).
Szczerość. Cynizm. Sentymentalizm. Te trzy rzeczowniki zdają się być dla mnie najbardziej odpowiednie dla treści tej powieści. Lubię to. Nawet bardzo. W jakimś stopniu ja po prostu lubię ludzi podobnych do głównego bohatera. Lubię się nimi otaczać w moim własnym życiu. Sama troszkę taka też pewnie jestem.
To nie jest moja ostatnia powieść Houellebecqa. Podejrzewam nawet, że przeczytam każdą z nich. Ale nie od razu. Muszę trochę odpocząć od tej. Podobno jest to najgorsza z jego książek i to mnie cieszy (tak jak napisałam – nie była idealna). Za to obowiązkowo za kilka dni wybiorę się na spotkanie autorskie z pisarzem. W Krakowie z okazji Festiwalu Conrada. Nawet, choć kłóci mi się to z sylwetką autora, poproszę o autograf. Nawet wyrażę szacunek.

4/6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz